Ostatnia prosta do Euro 2020 :)

Kwalifikacje do mistrzostw na finiszu

Eliminacje przyszłorocznych mistrzostw Europy weszły w decydującą fazę. Część drużyn – w tym kadra Polski – zapewniła już sobie udział w tej imprezie, ale w niektórych przypadkach wciąż możemy być świadkami zaciętej walki o awans. Oprócz ekipy prowadzonej przez Jerzego Brzęczka przepustkę na turniej ma pięć reprezentacji: Włochy, Hiszpania, Rosja, Belgia i Ukraina. O ile awans drużyn z Półwyspu Iberyjskiego i Apenińskiego można było wziąć za pewnik przed startem kwalifikacji, a Rosjanie i Belgowie (podobnie jak Polacy) mieli grupę wagi lekko-śmiesznej, o tyle postawa naszych wschodnich sąsiadów z Ukrainy musi budzić respekt.

Niestraszny triumfator Ligi Narodów i obrońca tytułu

Mistrzowie Europy zdobyli tytuł w stylu nędznym. Nie ma chyba osoby, która by się z tym nie zgodziła. Tak samo nędznie wyglądali wygrywając Ligę Narodów i tak samo nędznie prezentują się w grupie B eliminacji do Euro 2020. Gdyby nie to, że mają wśród rywali Litwinów i Luksemburgczyków, mieliby spory problem z awansem. Poprawka – mieliby ogromny problem, bo spory to mają aktualnie. Biorąc pod uwagę, że dwa pozostałe mecze czekają ich z wyżej wymienionymi gigantami, awans niestety mają w kieszeni. Chociaż w dwumeczu okazali się lepsi od Serbów, więc absolutnie nie mogę powiedzieć, że niezasłużenie zajmą drugie miejsce. Ponownie w brzydkim stylu, ale kogo by to interesowało. Dlatego tak jak już pisałem, przed poczynaniami Ukraińców należy chylić czoła.

Przede wszystkim podopieczni Andrija Szewczenki to jedyni piłkarze, którzy awansowali z grupy pięciozespołowej. Po drugie mieli w grupie Portugalię, która miała być dominatorem oraz Serbię,
z którą według ekspertów powinni walczyć o drugie miejsce. Tymczasem przejęli rolę Ronaldo
i spółki, a Serbów bezlitośnie roznieśli 5:0 we Lwowie. Szczerze powiedziawszy, nie umiem sobie wyobrazić Biało-Czerwonych na miejscu Ukraińców. Podejrzewam, że w tegorocznej dyspozycji naszą kadrę byłoby stać co najwyżej na trzecią lokatę przed Luksemburgiem i Litwą.

Na szczęście my trafiliśmy dużo lepiej i o występ na ME możemy być już spokojni. Nie wszyscy mają tak dobrze. Kto musi kalkulować, kto gra o honor, a kto jeszcze liczy się na serio? Tym razem wyjątkowo więcej jest odpowiedzi niż pytań. Najlepiej zacząć od tego co jest nam najlepiej znane, więc na pierwszy ogień idzie grupa G.

Mierny lider i czwórka z peletonu

Od początku rozgrywek wiadomo było, że faworytów jest dwóch. Polska i Austria. Przed ostatnimi spotkaniami w grupie w takiej samej kolejności otwierają tabelę i niewiele wskazuje na to, żeby miało się to zmienić po ostatniej przerwie reprezentacjyjnej w tym roku. Żeby zaprzepaścić wypracowaną przewagę pięciu punktów nad grupą pościgową, Austriacy musieliby przegrać z Macedonią w Wiedniu i zgubić punkty na Łotwie. Scenariusz mocno pesymistyczny, bo podopieczni Franco Fody ograli oba te kraje wbijając im łącznie 10 goli (cztery Macedończykom
i sześć Łotyszom). Krótko mówiąc – mało realistyczne, żeby oprócz Orłów Jerzego z grupy G wyszedł ktoś inny niż Austria.

Oprócz wyżej wymienionych teoretyczne szanse mają posiadacze 11 punktów, czyli pięciiu oczek straty do drugiego miejsca – Macedonia Północna, Izrael i Słowenia
z naciskiem na tych ostatnich. Słoweńcy już raz ograli Polskę, więc mogą to powtórzyć, a oprócz nas mają na rozkładzie Łotwę, więc w ich przypadku liczenie na komplet punktów nie jest żadnym przejawem zarozumiałości. Problem w tym, że w tym przypadku nawet dwa zwycięstwa prawdopodobnie nic znaczącego nie wniosą. Oprócz swoich występów muszą bowiem oczekiwać potknięć Austrii, a o to znacznie trudniej.

Macedonia i Izrael grają między sobą, a ponadto kolejno z Austrią i Polską, więc ich szanse prezentują się jeszcze bardziej ubogo niż Słoweńców. Nie będzie tu żadnych niespodzianek i żadna z tych ekip nie zagra na Euro. Szkoda, bo zawodnik jakim jest Eran Zahavi, który strzelił już 11 bramek w kwalifikacjach, zasługuje, by wystąpić na takim turnieju. Podwójnie szkoda, bo ma już 32 lata na karku i to właściwie był ostatni gwizdek dla izraelskiego napastnika.

Zdjęcie ukazuje Reprezentację Polski w piłce nożnej celebrującą awans do Mistrzostw Europy Euro 2020
Reprezentacja Polski w piłce nożnej celebruje awans do Euro 2020

Catennacio to przeszłość, teraz tylko Braggadoccio

Włosi z kompletem 24 punktów zajęli pierwsze miejsce w grupie J. Jako jedyni z czystym sumieniem mogą stwierdzić, że wygrali grupę, bo druga Finlandia zgromadziła ‚tylko’ 15 oczek. Toporny, defensywny styl z którego kojarzymy Włochów odchodzi powoli w niepamięć. Piłkarze Roberto Manciniego co prawda nie tracą bramek, ale sęk w tym, że od marca średnio strzelają ponad trzy gole w meczu. Jeśli utrzymają ten trend to być może pierwszy raz na dużej imprezie przjemnością będzie oglądanie Włochów w akcji.

Przejście eliminacji bez porażki nie powinno stanowić kłopotu dla drużyny tej klasy, ale kibice piłki nożnej i sami zawodnicy włoskiej reprezentacji będą od siebie oczekiwać wyłącznie wygranych.
W ten sposób powtórzyliby wyczyn Niemców z el. ME 2012, kiedy to nasi zachodni sąsiedzi wygrali wszystkie dziesięć spotkań. Do pokonania zostały Bośnia i Armenia, więc nie są to przeszkody nie do przebycia. Obie te reprezentacje mają już tylko matematyczne szanse na awans, bo wcześniej wspomniani Finowie, wyprzedzają ich o pięć punktów, a następny swój mecz rozegrają w Helsinkach z outsiderem – Liechtensteinem.

Swoją drogą to postawa Finów jest nie lada niespodzianką. Wyżej notowana była Bośnia,
a tymczasem na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Teemu Pukki wraz z kolegami wybili Bośniakom mistrzostwa z głowy. W zasadzie Żółto-Niebiescy na własne życzenie przestali się liczyć w walce o drugą lokatę, ani razu nie wygrywając z koszmarnie słabą Grecją, która w tabeli pod sobą ma tylko Liechtenstein. Poza tym gracze Roberta Prosineckiego przegrali z Armenią, tracąc przy tym cztery bramki, więc nawet mi ich nie żal. Finlandia dzięki temu zadebiutuje na dużej imprezie i to jest wydarzenie, które warto odnotować.

O dwóch takich, co nie dali szansy innym

Mecze w grupie C tak naprawdę mogłyby się wcale nie odbywać. Niemcy, Holandia, Irlandia Północna, Białoruś, Estonia. Największą szansą pozostałych na awans byłoby zniknięcie z mapy Europy Niemiec lub Holandii. Tylko bezpośrednie starcia między tymi reprezentacjami wywoływały jakiekolwiek emocje. Jak przystało na taki poziom, raz wygrali jedni, raz drudzy i oba starcia obfitowały w mnóstwo bramek.

Na drugim biegunie tabeli też dwa siebie warte zespoły, bo Białoruś i Estonia mogły tylko ze sobą cokolwiek ugrać. Irlandia Północna okazała się być drużyną z półki wyżej, bo odnieśli cztery zwycięstwa i przez chwilę sprawiali wrażenie teamu, który może zrobić sensację. Później przyszły jednak mecze z dwoma gigantami i zostali bezlitośnie odarci z marzeń. Żeby wyjść, musieliby ograć zarówno Niemców i Holendrów. Sensacje w sporcie są fajne, ale zejdźmy na ziemię…

Najbardziej otwarta z grup

Tylko jeden punkt różnicy, a zainteresowanych drużyn aż trzy. Irlandia i Dania z 12 punktami, a Szwajcaria zaraz za nimi z tylko jednym mniej. Co ciekawe, to właśnie Helweci są najbliżej celu. Zostały im mecze z Gruzją i Gibraltarem, więc pewnie dopiszą sobie sześć punktów. W trudniejszej sytuacji są Irlandczycy i Duńczycy. Na szczęście roztrzygną losy awansu między sobą 18 listopada. Dla tych pierwszych będzie to ostatnie spotkanie, a Danię czeka jeszcze wcześniej ogranie Gibraltaru.

Wygrana i remis 2:2 lub wyższy promuje Irlandię do dalszej gry. Wynik bezbramkowy, remis 1:1, albo oczywiście zwycięstwo piłkarzy Age Harende oznacza awans Danii. Dobrze, że zaważy mecz bezpośredni, bo to najbardziej sprawdiedliwa forma wyłonienia drużyny, z którą Szwajcarzy wyjdą z grupy.

Chyba, że Szwajcarzy wyłożą się u siebie z Gruzją. Istniałaby wtedy szansa, żeby nie pojechali na turniej. Wtedy przy zwycięstwie Irlandii z Danią w Dublinie klasyfikacja prezentowałaby się podobnie jak teraz, tyle że każdy miałby o trzy punkty więcej. Myślę jednak, że taką historię można wsadzić między bajki. Tuż obok Irlandii Północnej jadącej na przyszłoroczne Euro.

Półfinalista, ćwierćfinalista i długo, długo nic…

Tylko w grupie I wszystko jest już ‚oficjalnie’ jasne. Tam już nawet matematyka nie działa na korzyść nikogo oprócz ekip z dwóch pierwszych miejsc. Belgia i Rosja, bo o nich tutaj mowa, szybko zamknęły zawody. Trzecia drużyna świata i gospodarze zeszłorocznego mundialu, a jednocześnie ćwierćfinaliści turnieju, nie pozostawili złudzeń przeciwnikom i zgarnęli kolejno 24 i 21 punktów. W najbliższą sobotę zagrają ze sobą o wygranie grupy i to jedyne co może być jeszcze ciekawe w tym zestawie.

Od tego pojedynku zależy też czy Belgowie zachowają szansę na komplet punktów w eliminacjach. Czerwone Diabły są bezsprzecznie najlepszą drużyną rozgrywek i nawet wcześniej wymienieni Włosi, nie zasługują na 10 wygranych w takim stopniu. Podopieczni Roberto Martineza stracili tylko jednego gola, a strzelili ich aż 30. To najlepiej pokazuje dysproporcję między nimi, a resztą grupy. Tylko Rosjanie zbliżyli się do nich w jakikolwiek sposób, a nad pozostałymi nie ma co się specjalnie rozwodzić.

Nadmienię tylko, że najbardziej zawiodła Szkocja. Wyspiarze nie podjęli w ogóle rękawicy i nie powalczyli o wyjście z grupy. Co więcej znacznie obniżyli loty i bardziej dostosowali się poziomem do Cypru oraz Kazachstanu. Komentarz jest tutaj zbędny.

Viva Espania i kto jeszcze?

Hiszpania mimo gorszego ostatniego zgrupowania i dwóch remisów z ekipami ze Skandynawii możgła już świętować awans na mistrzostwa. Teraz na pewno przyjdzie przełamanie z Maltą i na koniec zmierzą się z Rumunią, jednak to spotkanie będzie znacznie bardziej istotne dla tych drugich. Oczywiście o ile Rumuni nie zaprzepaszczą swojej szansy już w meczu ze Szwecją, która obecnie jest druga i również bardzo liczy na awans.

Wiele zależeć będzie od właśnie tego meczu, bo jeśli Rumunia nie wygra ze Szwecją to o Euro 2020 może zapomnieć. Jakby tego było mało muszą później urwać punkty Hiszpanii. Poprzeczka zawieszona wysoko, ale nie są to zadania z serii ‚Mission Impossible’. Tym bardziej, że z obiema ekipami przegrali tylko 1:2. Może jeszcze nie wszystko stracone.

Teoretycznie jest jeszcze Norwegia, gdyby nie fakt, że to najzabawniejsza drużyna eliminacji. Pokonali tylko wyraźnie odstającą Maltę i Wyspy Owcze, a poza tym z wszystkimi dzieliła się punktami. Nie licząc Hiszpanów. Z nimi mają remis i porażkę jednym golem. Pozostały im jeszcze rewanże z Maltą i Wyspami, więc sześć punktów jest na wyciągnięcie ręki. Niestety to dałoby łącznie tylko 17 oczek, a Szwecji wystarczy ponowny triumf nad Farerczykami (poprzednio 4:0) i już tych punktów będą mieć 18.

Wszystko w twoich rękach

Wicemistrzowie świata, którzy zebrali na swoim koncie 14 punktów, mają w grupie E cztery drużyny o podobnym potencjale. No dobra trzy. Azerbejdżanu nie liczmy. Węgry, Słowacja i Walia. Kolejno 12, 10 i 8 punktów. Każda ma jeszcze mecz z bezpośrednim rywalem w walce o awans. Każda jeszcze może wyjść z grupy. Różnica polega na tym, że Chorwatom i Węgrom zostało już tylko po jednym meczu. Reszta ma okazję zdobyć jeszcze sześć oczek.

Srebrnym medalistom mundialu w Rosji wystarczy nie przegrać ze Słowacją. Poprzednio ograli ich 4:0, więc nie powinni mieć problemu. Jeśli jednak Słowakom uda się wywalczyć jakieś punkty
w Rijece, zostanie im spotkanie z Azerami, więc prawdopodobnie trzy punkty. W przypadku remisu z Chorwacją, sąsiedzi zza naszej południowej granicy będą musieli liczyć na potknięcie Węgrów
w potyczce z Walią.

Węgrzy mają tylko dwa punkty przewagi nad Słowacją, a w bezpośrednich starciach dwukrotnie im ulegali. Oznacza to, że nawet w przypadku remisu z Walią najprawdopodobniej zrównają się punktami ze Słowakami. W takiej sytuacji na Euro pojadą Marek Hamsik i Ondrej Duda.

Jeśli zaś zwycięsko ze starcia z Węgrami wyjdzie Walia, a Słowacja przegra z Chorwacją, to karty rozdawać będą Gareth Bale z Ramseyem. Im także został mecz z Azerbejdżanem, więc mogą się jeszcze włączyć w ostateczną batalię o Mistrzostwa Europy. W najlepszej sytuacji są oczywiście Chorwaci, ale jeśli Słowacja i Węgry wygrają swoje mecze, to na Euro może zabraknąć drugiej najlepszej drużyny globu. Warto śledzić grupę E, bo będzie się działo.

Czemu udają, że nic nie jest jasne?

W grupie H pierwsi są Turcy, a drudzy Francuzi z dorobkiem 19 punktów. Za ich plecami znajdują się waleczni Islandczycy. I z pewnością będą oni walczyć do końca, ale co z tego jeśli mają już cztery punkty straty do upragnionego miejsca. Dobra załóżmy, że ogrywają Turcję i miażdżą Mołdawię. Wszystko fajnie, ale Turcja musiałaby nie wygrać w swoim ostatnim meczu z Andorą. Mało realne? U siebie Gwiazdy Półksiężyca wygrały z nimi tylko 1:0 i to po bramce w 89. minucie.

Gdyby ktoś się zastanawiał po co takie kraje jak Andora biorą udział w kwalifikacjach, to właśnie po to (zaraz po tym, żeby dostarczać punkty). O wyprzedzeniu Francuzów nie ma co marzyć. Trójkolorowi zagrają jeszcze z Mołdawią i Albanią, a oba te zespoły pokonali 4:1. Mistrzowie świata na pewno wystąpią na mistrzostwach Europy i z tym nie ma co dyskutować. I bardzo dobrze

Jednak ważne jak zaczynasz

Kosowo zdobyło wiele serc kibiców swoją grą. Nawet przegrywając z Anglią 3:5 pozostawili dobre wrażenie. Szkoda, że rozpoczęli od remisów z Bułgarią i Czarnogórą, które mocno dołują w grupie A. Gdyby wygrali choć jedno z tych starć, do ostatnich spotkań podchodziliby z pole position, a tak trzeba się teraz martwić. Jakby tego było mało zostały im mecze z Czechami i Anglią, więc nikt im nie pomoże i są zdani na siebie.

Dużo wyjaśni mecz Czechów z Kosowem i po nim będziemy dużo mądrzejsi. Jednak Czesi mają jeszcze w zanadrzu mecz z Bułgarią, która nie wygrała żadnego spotkania. Podobnie jak Czarnogóra, która będzie przeciwnikiem Anglii. Lwy Albionu przed rewanżem z Kosowem będą już pewne awansu, więc kto wie, może tym razem nie wygrają?

Kosowo jest w najtrudniejszym położeniu, ale wydaje się, że są w stanie jeszcze trochę namieszać. Przyznaję, że po cichu liczę na ich sukces. Jest to nieoczywista drużyna, a to w futbolu lubimy najbardziej. Gdy to nie faworyci odnoszą sukcesy.

arrow